Aktualnie masz w koszyku 0 szt. za łącznie 0,00 zł
Serie wydawnicze Projekt: Kobiece Inspiracje
Panel użytkownika
Zapomniane hasło? KLIKNIJ
Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ!
Najczęściej kupowane
Warsztaty literackie Konsultacje poetyckie Wydarzenia Konkursy
Chcesz otrzymywać informacje na temat nowości w naszym sklepie?

Dodaj się do newslettera już teraz!

Recenzje książki

NOWA, TYM RAZEM KONTROWERSYJNA KSIĄŻKA!

PRZECZYTAJ RECENZJE.

Po najnowszą książkę Mariusza Wieteski, autora „Zielonej Wyspy” i „Ołowianego Żołnierzyka”, sięgnęłam jak po pewnik. Znając poprzednie pozycje wydane przez pisarza, liczyłam na kilka godzin dobrej lektury. Zaczęłam czytać późnym wieczorem, obiecując sobie rozłożenie przyjemności na kilka dni. Skończyłam w środku nocy, bez poczucia godzin, które minęły, z kubkiem niewypitej, zimnej już herbaty. Zaczytałam się bez reszty.

„Pewnego dnia przyszedł do mnie…” to historia, którą pozornie zna każdy. Wystarczy wymienić imiona bohaterów: Marię, Józefa, Christiana, Jezusa, Magdalenę, aby domyślić się, że autor wprowadzi nas w krainę biblijnych przypowieści. Jednak nie przygotowujcie się na coś oczywistego, bo nawet to, co dobrze znane, ukazane w innym świetle, może zaskoczyć.

Autor zabiera czytelników do dwóch światów. Ci sami bohaterowie, te same wydarzenia jedynie miejsce i czas akcji odmienny .

W XX- wiecznej Barcelonie poznajemy Marię i jej syna Chrystiana. To historia matki, która poświęciła się szczęściu ciężko chorego dziecka. Nie potrafi zrozumieć ani zaakceptować jego „wygłupów”, wstydzi się za niego, cierpi, a mimo to kocha i ufa bezgranicznie. Jak każda matka.

To również opowieść o chłopcu, który widzi, słyszy i czuje więcej niż inni, który zdaje sobie sprawę ze swojej niezwykłości i ceny, jaką przyjdzie mu za nią zapłacić.

Druga część książki, to podróż do starożytnej Jerozolimy. Na pierwszy rzut oka tu zgadza się wszystko. Jest spis powszechny, narodziny dziecka w szopie, ucieczka i śmierć na krzyżu.

Tyle że historie kreślone przez Mariusza Wieteskę są pozbawione oślepiającego blasku świętości. Autor opowiada o ludziach, którzy byli wytworem czasów w jakich żyli. Obserwujemy ich wybory i rozterki, chwile radości i zwątpienia. Jest tu cały wachlarz uczuć, emocji, pragnień i żądz, bo jeśli wierzymy, że Maria, Józef i Jezus byli ludźmi, musieli być w swoim człowieczeństwie autentyczni, musieli grzeszyć i popełniać błędy.

Autor daje nam możliwość przyjrzenia się poszczególnym wydarzeniom z różnych perspektyw. Każda z postaci zupełnie inaczej odbiera te same zdarzenia.

Brak jednej prawdy, brak niepodważalności tego, co uznaliśmy za pewne i jedyne, może wywołać bunt.

Czy właśnie to było zamiarem autora? Czy dotykając nietykalnego chciał prowokować i szokować?

Być może.

Dla mnie szokujący był przede wszystkim realizm obrazów.

Czytając opowieść o gwałcie, czułam ból kobiety, odartej z kobiecości. Taki sam, bez względu na to, kim był sprawca i kim będzie owoc tego czynu.

Współdzieliłam niepokój Marii szukającej zagubionego w Jerozolimie syna, przyznając jej pełne prawo do złości i pretensji.

Cierpiałam wraz z matką, bezradnie przyglądająca się śmierci dziecka.

Buntowałam się, tak jak ona, tak jak robiłaby to każda inna matka.

Urodziłam syna, który był dla mnie największa miłością. A ty, Boże, go zabiłeś. I chociaż on wierzył w Ciebie i oddał Ci serce, to nic się nie zmieniło!”.

To krzyk bólu kobiety , która traci dziecko, najnaturalniejszy, instynktowny.

A Maria Magdalena

„Jest Mesjaszem? Tak. Moim. Choć okazywał złość, pogardę, a nawet wybuchał gniewem, dawał miłość. Przy nim czułam się bezpieczna. On nie tylko słuchał i mówił „Rozumiem” On przede wszystkim kochał.”

Ta krzywdzona kobieta, która  doświadczyła w życiu tak niewiele dobra, kochała człowieka, nie Boga.

Jestem pełna szacunku wobec jej podniesionej głowy, nieugiętych kolan i walki o własną godność i godność miliona kobiet. Wbrew wszystkiemu.

„Pewnego razu przyszedł do mnie…” to książka, którą odczuwa się wszelkimi zmysłami. Głębia słów, z jakich została stworzona, maluje trójwymiarowe obrazy. Można wielokrotnie do nich wracać, odnajdując za każdym razem coś, co wcześniej było niedostrzegalne.

Nie jest opowieścią o świętych figurach stojących w kościele, ale o ludziach, takich jak my sami, w których elementy dobra i zła równoważą się. To historia miłości do matki, dziecka, kobiety i mężczyzny, do ludzi. A taka miłość nie powinna nikogo obrażać, taka miłość nie jest kontrowersyjna.

Nie zniechęcajcie się minimalistyczną formą. Książka jest pełna, nie brakuje w niej ani jednego słowa.

Po prostu przeczytajcie.

Sabina Waszut

 

„Pewnego dnia przyszedł do mnie…”

Wydawca : Anagram

Ilość stron : 138

 

„Pewnego dnia przyszedł do mnie…” to trzecia pozycja w dorobku literackim Mariusza Wieteski. Muszę przyznać, że autor ten pozostawał dla mnie do tej pory osobą zupełnie nieznaną, jednak splot niespodziewanych wydarzeń doprowadził mnie w końcu do twórczości tego autora. Nie wiedziałem czego się spodziewać, a opis wydawcy na okładce książki stanowił dla mnie enigmatyczną zagadkę.

Książka ma formę opowiadania i podzielona jest na dwie odrębne części. Pierwsza z nich przedstawia Christiana, który wraz z matką mieszka we współczesnej Barcelonie. Od początku widać, że nie mamy do czynienia ze zwykłym chłopcem, a niezwykle inteligentnym i spostrzegawczym… cudotwórcą. Autor nawet nie ukrywa luźnej inspiracji żywotem Jezusa, wpadając jednocześnie w pułapkę własnego obrazoburstwa. Śmiało można założyć, że nawet oddalony o blisko 2000 lat współczesny odpowiednik może wzbudzić kontrowersje, jeśli przedstawiany jest jako upierdliwy, czasem nawet nieznośny bachor. W moim odczuciu jednak celem Wieteski nie było szarganie świętości, a przekazanie swoich osobistych odczuć i obserwacji za pomocą metafory. Mam jednak pewne wątpliwości, czy każdy Czytelnik będzie posiadał klucz do odpowiedniej interpretacji utworu, zwłaszcza, że jest on bardzo oszczędny w treści. Wszyscy jednak z łatwością zauważą ból, żal i gorycz, która przemawia z kart książki. Jakie jest ich źródło? Ciężko stwierdzić, ale na pewno związane jest z ludzkimi słabościami.

Druga część osadzona jest w czasach Biblijnych i po imieniu nazywa już bohaterów dramatu. Mamy więc Marię, Józefa i Jezusa, jednak daleko jest im do wizerunku znanego z lekcji religii. Maria jest osobą łatwo ulegającą emocjom, cechującą się złością i pogardą, czego często doświadcza Józef. Można śmiało stwierdzić, że Wieteska desakralizuje i uczłowiecza świętości, taplając je w trudzie zwykłego, codziennego życia, a tym samym stara się przybliżyć je Czytelnikowi. „Pewnego dnia przyszedł do mnie…” można więc nazwać wariacją na temat Ewangelii, posiadającą cechy współczesnej przypowieści. To wniosek odważny, ale wydaje mi się w tym przypadku stosunkowo trafny.

Styl Wieteski bywa ciężkawy, przez co niektóre momenty zwyczajnie bywają nudne, jednak zwięzłość formy gwarantuje, że Czytelnicy nie zgubią się gdzieś po drodze i dobrną do końca. Czy warto to zrobić? Nie zaprzeczę, chociaż do amatora opowieści spod znaku religii jest mi daleko. Potrafię natomiast docenić sprytne uzupełnienie doskonale znanej historii o nowe fakty, stawiające szereg pytań, których ważność nie upłynęła nawet po dwudziestu wiekach. Co ważniejsze, autor nie daje na nie odpowiedzi i zmusza Czytelnika do znalezienia ich samemu. Czy uda się odszukać je w książce? Nie, nie uda się. Trzeba sięgnąć głębiej, do swojego serca.

Czy przeczytałbym ponownie książkę Mariusza Wieteski? Nie, ponieważ obrazy z niej płynące robią wrażenie tylko za pierwszym razem. Czy żałuję spędzonego z nią czasu? Nie, gdyż książka ta, pomimo kontrowersyjnych zabiegów fabularnych, nie może nikomu zrobić krzywdy. Jest natomiast szansa, że trafi do kogoś, kogo zawarte w niej słowa pobudzą do zastanowienia się nad swoim życiem. Ze mną to nie zadziałało, ale jestem przekonany, że niejeden Czytelnik stanie się żyzną glebą, na którą „Pewnego dnia przyszedł do mnie…” zadziała z siłą nasiona, które zakiełkuje dając piękny efekt.

 

Piotr Pocztarek

Wydawnictwo Anagram   •   Wszelkie prawa zastrzeżone
powered by mtSHOP   •    Projektowanie stron   •    Pozycjonowanie